Powrót do Bydgoszczy i spotkanie z Donizettim - Tomasz Tokarczyk o „Łucji z Lammermooru”

Powrót do Bydgoszczy i spotkanie z Donizettim - Tomasz Tokarczyk o „Łucji z Lammermooru”

Powrót do Bydgoszczy i spotkanie z Donizettim - Tomasz Tokarczyk o „Łucji z Lammermooru”

Powrót do Bydgoszczy i spotkanie z Donizettim - Tomasz Tokarczyk o „Łucji z Lammermooru”

Fot. Radosław Drygas

Dyrygent Tomasz Tokarczyk powrócił do Opery Nova, sprawując kierownictwo muzyczne nad premierą „Łucji z Lammermooru” Gaetana Donizettiego na otwarcie XXXII Bydgoskiego Festiwalu Operowego. W rozmowie z nami opowiada o pracy nad jednym z najtrudniejszych dzieł repertuaru bel canto, współpracy z  Thaddeusem Strassbergerem i o tym, dlaczego w tej historii najważniejsza pozostaje miłość.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

W Bydgoskim Festiwalu Operowym jest Pan nie po raz pierwszy - wraca Pan tu po latach. Jakie są Pańskie skojarzenia z tym miejscem i publicznością?
Tomasz Tokarczyk: Bydgoszcz jest mi bardzo bliska, przede wszystkim za sprawą Bydgoskiego Festiwalu Operowego, w którym – jak sobie ostatnio uświadomiłem - uczestniczyłem już trzykrotnie. Po raz pierwszy przyjechałem tu z operetką Karola Szymanowskiego „Loteria na mężów, czyli narzeczony nr 69”, następnie z Operą Krakowską prezentowaliśmy „Ariadnę na Naksos” Richarda Straussa, a później „Miłość do trzech pomarańczy” Siergieja Prokofiewa – tytuł dla mnie szczególnie ważny, ponieważ była to polska premiera przygotowana w Operze Krakowskiej we współpracy z reżyserem Michałem Znanieckim. Spektakl ten pokazaliśmy również w Bydgoszczy.

Sam festiwal ma ugruntowaną pozycję jako jedno z najważniejszych wydarzeń operowych w Polsce – to miejsce spotkania teatrów zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Dlatego każda obecność tutaj jest dla artysty dużym wyróżnieniem. Bardzo się cieszę, że mogłem w nim uczestniczyć już kilkakrotnie. Trzy lata temu debiutowałem także na scenie Opery Nova z jej zespołem w „Traviacie”, co wspominam niezwykle miło.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Tegoroczny festiwal otwiera premiera „Łucji z Lammermooru” pod Pana kierownictwem muzycznym. Co Pan pomyślał, gdy pojawiła się propozycja pracy nad tym tytułem? 
TK: Kiedy otrzymałem zaproszenie od dyrektora Macieja Figasa do przygotowania „Łucji z Lammermooru” Gaetana Donizettiego, nie wahałem się ani chwili – mimo że musiałem pogodzić to z obowiązkami na uczelni. Udało się jednak tak ułożyć harmonogram, by móc w pełni zaangażować się w ten projekt. To nie tylko zaszczyt pracować przy festiwalu tej rangi, ale też ogromna wartość móc spędzić z zespołem ponad pięć tygodni – to czas, który pozwala naprawdę się poznać, zbudować relacje i wspólnie dojrzewać do interpretacji dzieła.

Spotkałem tu znakomitych solistów, z którymi bardzo dobrze się rozumiemy muzycznie, a także świetną orkiestrę i chór Opery Nova. Z chórem miałem już wcześniej okazję współpracować i pamiętałem, że stoi na bardzo wysokim poziomie – i to się w pełni potwierdziło.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Czy to dla Pana pierwsze spotkanie z tym dziełem na scenie?
TK: Tak, to moje pierwsze pełne spotkanie z „Łucją…” na scenie, choć oczywiście wielokrotnie wykonywałem jej fragmenty. Każda opera Donizettiego, którą prowadziłem, jest inna: „Don Pasquale” to znakomita komedia, „Anna Boleyn” – dramat historyczny, natomiast „Łucja z Lammermooru” jest dziełem wyjątkowo romantycznym, jednym z najwybitniejszych w swoim gatunku.

Od początku mojej pracy w teatrze szczególnie bliska jest mi praca z głosem ludzkim. Śpiew jest czymś niezwykle naturalnym – w przeciwieństwie do instrumentów, które są już pewnym przetworzeniem dźwięku. Ludzki głos jest niepowtarzalny. A kiedy spotyka się śpiewaka, który łączy piękne brzmienie z muzykalnością i świadomością interpretacyjną, to jest to doświadczenie absolutnie wyjątkowe.

Bel canto to styl szczególny – wymagający ogromnej precyzji rytmicznej i intonacyjnej, a jednocześnie swobody w prowadzeniu frazy, pięknego legata i brawurowej koloratury. Wiele elementów tej muzyki opiera się na intuicji wykonawczej – tego nie da się w pełni wyćwiczyć. Każde wykonanie jest niepowtarzalne: inaczej brzmi fraza, inaczej kadencja. To właśnie stanowi o fenomenie tej muzyki.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Fragmenty „Łucji…” znalazły się również na nagraniu płytowym z Pana udziałem.
TK: Fragmenty tej opery wykonywałem wielokrotnie, zwłaszcza arię „Regnava nel silenzio”, która często pojawia się w programach koncertowych. To utwór niezwykle efektowny, pozwalający sopranowi zaprezentować pełnię możliwości – od pięknego legata po wirtuozowskie popisy. Towarzyszy mi więc od lat, ale możliwość opracowania całej opery jest dla mnie doświadczeniem znacznie cenniejszym.

„Łucja z Lammermooru” uchodzi za jedną z najtrudniejszych oper – nie tylko dla śpiewaków. Co w muzyce Donizettiego stanowi największe wyzwanie dla dyrygenta i orkiestry?
TK: Dla śpiewaczki partia Łucji to wręcz wokalna pirotechnika. Każdy kompozytor stawia jednak przed wykonawcami inne wyzwania. Na przykład Mozart, mimo pozornej prostoty i przejrzystości partytury, wymaga ogromnej dyscypliny i precyzji.

W przypadku Donizettiego kluczową rolę odgrywa balans między orkiestrą a sceną. Kompozytor często stosuje gęstą fakturę instrumentalną, a jednocześnie głos ludzki ma swoje naturalne ograniczenia. Dyrygent musi więc nieustannie dbać o proporcje brzmieniowe, tak by orkiestra nie przykrywała śpiewaków. Równie istotne jest podążanie za wokalistą – jego oddechem, frazą, naturalnym rytmem wypowiedzi. Jeśli dyrygent rzeczywiście „jest” z solistą w muzyce, powstaje spójna i przekonująca interpretacja.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Jak przebiegła współpraca z reżyserem Thaddeusem Strassbergerem?
TK: To była dla mnie duża przyjemność. Thaddeus Strassberger znakomicie zna nie tylko libretto, ale i samą muzykę, a przy tym biegle posługuje się językiem włoskim, co jest ogromnym atutem w pracy nad operą. Ma też wielki szacunek do partytury – każdą propozycję konsultuje, szukamy wspólnych rozwiązań. Cenię to, że jego interpretacja nie zniekształca sensu dzieła. Oczywiście pojawiają się pewne zmiany, ale są wprowadzone w sposób przemyślany i spójny, dzięki czemu widz może w nie uwierzyć. To bardzo wartościowa współpraca oparta na wzajemnym zaufaniu.

Fot. Simona Skrebutėnaitė

Z jakim uczuciem chciałby Pan zostawić widzów po tej historii?
TK: Przede wszystkim chciałbym, aby widzowie odczuli radość obcowania z muzyką, bo to ona opowiada tę historię najpełniej. Sama fabuła nie jest skomplikowana, ale niesie bardzo silne emocje i ważne przesłanie. To opowieść o manipulacji, o niszczącej sile ambicji i o kruchości ludzkiej natury. Łucja jest postacią niezwykle delikatną, niemal eteryczną – i właśnie dlatego tak boleśnie odczuwa skutki działań innych. To także przypomnienie, jak łatwo zranić drugiego człowieka.

Najważniejszym tematem tej opery pozostaje jednak miłość – uczucie łączące Łucję i Edgara. Jest ona obecna w całym dziele, szczególnie w ich duecie, w scenie obłędu oraz w finałowej arii Edgara. To miłość, dla której bohaterowie są gotowi poświęcić wszystko. Choć historia kończy się tragicznie, pozostawia pewien rodzaj nadziei – niedopowiedzenie, które otwiera przestrzeń dla wyobraźni. Muzyka Donizettiego jasno pokazuje, że to właśnie miłość jest jej najważniejszym przesłaniem.

Rozmawiała Justyna Tota, Opera Nova w Bydgoszczy

Fot. Simona Skrebutėnaitė